Blog

Narodziny

Autor: Marek Tokarz

Za towary sprowadzane z zagranicy płaci się cło. Jakiś czas temu Ministerstwo Kultury wpadło na pomysł, aby oclić również… importowane wyrazy. Miały nam otóż grozić mandaty za używanie obcych słów, takich jak grill-bar, sex-shop, fitness-club. Ten obłędny pomysł został na szczęście zapomniany. Wprawdzie „Gazeta Wyborcza” ogłosiła konkurs na polskie odpowiedniki tych (i innych) angielskich terminów, lecz kto dziś pamięta choćby jedną z setek nazw będących plonem tego konkursu?

Pewnie rzeczywiście byłoby lepiej, gdybyśmy się posługiwali wyłącznie słowami rdzennie polskimi. Mówimy przecież „długopis” i „czołg”, a nie „ballpen” i „tank”, „samochód” jest popularniejszy niż „auto”. Z całą pewnością jednak o kierunkach rozwoju języka nie zadecyduje minister przy pomocy okólników i kar, lecz cały naród. Słowa rodzą się tam, gdzie są one potrzebne. Odbywa się to spontanicznie i w dużej mierze przypadkowo, na przykład przez zapożyczenia z innych języków, na ogół bez udziału urzędników Ministerstwa Kultury, a nawet członków Komitetu Językoznawstwa. Tak jest wszędzie i nie może być inaczej. Od osoby, która po raz pierwszy użyła w Polsce grilla, walkmana czy pagera trudno byłoby przecież wymagać, aby najpierw zapytała ministra kultury jak ma te przyrządy nazywać. Oto krótkie opowiadanie o potrzebie, która jest matką wynalazków językowych, oraz o czystym przypadku, który najczęściej jest takich wynalazków ojcem. Wyobraź sobie, drogi Czytelniku, że Ty i Twój kolega z warsztatu, Franek, wynaleźliście bardzo sprytne urządzenie. Z technicznego punktu widzenia służy ono – powiedzmy – do amplifikacji światła przez wymuszoną emisję promieniowania, a przy jego pomocy można robić wiele pożytecznych rzeczy, na przykład pokroić kaszankę, przypalić papierosa, wybić dodatkową dziurkę w pasku po głodówce protestacyjnej itp. Jest ono trochę nieporęczne, ale korzystacie z niego często przepychając je ciągle po całym warsztacie. Zastanów się teraz, na jak długo wystarczy ci cierpliwości, aby za każdym razem posługiwać się pełną, opisową nazwą waszego wynalazku. Ile razy będzie ci się chciało mówić: „Hej, Franek, tę maszynę do amplifikacji światła przez wymuszoną emisję promieniowania przesuń mi tutaj, bliżej wychodka”. Dość szybko zirytuje cię to bezsensowne zdzieranie gardła i wymyślisz jakieś proste słowo, które zastąpi tasiemcową, kilkuwyrazową konstrukcję. A jak to słowo zbudujesz? Otóż – niestety – byle jak. Może na przykład weźmiesz pierwsze litery tych kilku wyrazów i nazwiesz swoją maszynę AśWEP? Nie jest to nazwa piękna, ale trudno. Dla ciebie ważne jest tylko to, aby była ona krótka. Zresztą nie jesteś poetą i sprawy języka nie są dla ciebie zbyt ważne. Pech polega na tym, że jeśli twój techniczny wynalazek się przyjmie, to utworzone przez ciebie słowo, choćby było wyjątkowo paskudne, jak właśnie AśWEP, będzie powtarzane przez dziesiątki milionów ludzi. Po pewnym czasie nawet językoznawcy będą zmuszeni dopisać je do nowego wydania słownika. A teraz wyobraź sobie, że nie pracujesz w polskim warsztacie, lecz w amerykańskim laboratorium. W twoim języku czynność wykonywana przez dopiero co wynalezione urządzenie, czyli amplifikacja światła przez wymuszoną emisję promieniowania, nazywa się teraz Light Amplification by Stimulated Emission of Radiation. Pierwsze litery tych wyrazów nie układają się już w brzydki AśWEP, lecz w znacznie ładniejszy LASER. I tak mniej więcej to słynne słowo powstało.

podziel się na:

ZAPISZ SIĘ
NA STUDIA PODYPLOMOWE

„Psychologia Biznesu dla Menedżerów”
W AKADEMII LEONA KOŹMIŃSKIEGO W WARSZAWIE
START
MARZEC 2022

polecane książki:

SZUKAJ NA BLOGU: